Kronikarz czy zakochany? Kilka słów o głoszących Słowo Boże 

Autor tekstu
ks. Krzysztof Konkol
Ławki kościelne, wierne słuchaczki Słowa Bożego, bywają … bardzo różne. Jedne wygodne, inne raczej nie zachęcające do dłuższego kontaktu, jedne stare, dotknięte zębem czasu, inne pachnące jeszcze młodością, wszystkie jednak, bez żadnej różnicy, mają swoją wytrzymałość i … pewne oczekiwania. Czegóż się one w życiu nie nasłuchały! I jak wiele mogłyby w związku z tym powiedzieć ... Zatem oddajmy im głos.

Jak powiedział niegdyś św. Paweł, „wiara rodzi się z tego, co się słyszy” (Rz 10, 17). Pierwszą zatem misją Kościoła jest sprawić, by inni słyszeli (i usłyszeli) słowo Boga. A jak to jest z tymi, którzy tę misję powinni traktować jako swoje najważniejsze życiowe zadanie? Tu odpowiedź krótka - bardzo różnie. Może warto pokusić się o pewną klasyfikację głosicieli Słowa ( w założeniu „Bożego”, w wykonaniu  czasami zupełnie „nie bożego”). 

Improwizator to dość szczególny przypadek, aczkolwiek wcale nierzadki. Kaznodziejską dewizą tegoż, nie bez racji po jego stronie, są słowa „zawsze się coś powie". Sęk w tym, że ktoś przecież tej „wesołej”, czasami wręcz  tragikomicznej improwizacji musi wysłuchać. Improwizator nie przygotowuje się do głoszenia Słowa, ma przecież  zdecydowanie ambitniejsze i ważniejsze (niekoniecznie duszpasterskie) zadania do wykonania. Beztroski, żyje chwilą, pełna spontaniczność, czasami granicząca  wręcz z  (przepraszam!) głupotą. Lubi „dać się zaskoczyć”. Może dlatego dopiero na Eucharystii po raz  pierwszy czyta  Słowo Boże.  Improwizator głoszący kazania (w swoim przekonaniu także wytrawne homilie)  ma ogromne zaufanie do siebie; wszak ewentualną krasomówczą porażkę można zawsze scedować na Ducha Świętego, który „tchnął mimo”. Omawiany typ wyciąga słowa jak z rękawa, a smakując kolejne wypowiadane zdania zachwyca się nimi tak, jakby istotnie odkrywał przed słuchaczami nowe, nieznane dotąd kontynenty. Brawurowa pewność siebie nie pozwala mu zobaczyć miałkości owych „kontynentów”, a ewentualna zbawcza niepewność, co będzie za kolejnym zdaniem,  wbrew wszystkiemu zdaje się go uskrzydlać. W finale takiego występu, niewiele mającego wspólnego z głoszeniem Słowa, jest radość (ukrywana bądź nie) i satysfakcja : „jestem genialny, znowu sobie poradziłem”. Odpowiedzią jest, rzeczywiście wymowna, cisza, która zapada w kościele po takim kazaniu …   

Kronikarz to równie ciekawy przypadek, także  nierzadko goszczący na naszych ambonach, który nie tylko w pamięci, ale również na pożółkłych kartkach z wielką pieczołowitością i starannością kataloguje swój dorobek homiletyczny, przekonany że każda homilia bądź kazanie to perełka literacka, a zgubienie chociażby jednej takiej perły oznacza niepowetowaną stratę dla całego rodzaju ludzkiego. Działalność przedstawicieli tego typu można porównać do pracy kucharza w – delikatnie mówiąc - mało ambitnej restauracji, która od lat nie podejmuje wysiłku zmiany menu, serwując dania taniej i na pamięć znanej już kuchni; można się nimi co prawda najeść, ale o uczcie duchowej raczej mowy być nie może. Kronikarz zapomniał, że Słowo Boże jest żywe i skuteczne, i że przemawia tu i teraz, dotykając tego, co dzisiaj jest dla nas najważniejsze. „Odgrzewanie” wygłoszonych przed iluś laty homilii nie ma nic wspólnego z sięganiem do źródeł;  przypomina raczej przeglądanie starych albumów ze zdjęciami. Co dzieje się w głowie kronikarza? Co myśli sam o sobie? Może towarzyszy mu błogie przeświadczenie o własnym profesjonalizmie, może przez lata utrwalone przekonanie o solennym przygotowaniu na każdą okazję. W odbiorze wiernych, poszukujących i niewiernych, kronikarz to ktoś, kto ani pomoże, ani zaszkodzi, bo czyż może dać życie ktoś, kto dawno je pogrzebał w stercie pożółkłych kartek, a teraz udaje tylko, że żyje? Jakby na to nie patrzeć, dla kronikarza częste zmiany parafii (najlepiej po każdym cyklu abc) mogą stanowić błogosławieństwo. W nowej parafii bez obciążeń można z "czystym" sumieniem  na nowo sięgnąć do sprawdzonego i dobrze znanego repertuaru. 

Gwiazdeczka to typ, który lubi być „na topie”. W przeciwieństwie do improwizatora wykazuje się pracowitością, w przeciwieństwie zaś  do kronikarza lubi zaskakiwać czasami samego siebie. Z wypiekami na twarzy przesłuchuje rekolekcje internetowe, wyławiając z nich złote myśli i niekonwencjonalne interpretacje Słowa Bożego. Oczywiście robi to dla siebie, dla swojego osobistego rozwoju, ale … nie do końca. Gwiazdeczka kolekcjonuje takie duchowe smakołyki i bez cienia zażenowania z powodu jawnej nieprawdy dzieli się nimi z kościelnej mównicy, sobie przypisując autorstwo tychże ( ba! nawet niekiedy wierząc, że tak jest).Wszystko byłoby w porządku, bo dlaczego nie czerpać z bogactwa Kościoła, gdyby nie wątpliwość, czy w głoszeniu naprawdę chodzi o odtwarzanie  cudzych  myśli, jeśli wcześniej nie dotknęły one serca, a jedynie zaciekawiły rozum? Gwiazdeczka może  spokojnie powiedzieć homilię, traktując tekst Ewangelii nie jako jej podstawę a jedynie jako pretekst do możliwości pochwalenia się zdobytą przez siebie wiedzą. Pytanie - czy o samą wiedzę w głoszeniu chodzi?

Erudyta to ksiądz, któremu  Ewangelia raczej nie przeszkadza, ale też i za bardzo nie pomaga. Co najwyżej – może stanowić inspirację do tego, żeby „przy okazji” mało w jego przekonaniu ubogacającego Słowa Bożego móc pochwalić się własnymi, nader ważkimi przemyśleniami. Erudyta to człowiek obdarzony niezwykłą łatwością wyrażania swoich myśli i ubierania ich na ogół w bardzo kwiecistą, często wręcz niezrozumiałą dla słuchaczy mowę.  Nie stanowi dla niego problemu pochwalenie się znajomością kilku języków obcych w czasie jednego wystąpienia. Lubi dzielić się swoją wszechstronną wiedzą i niezwykle bogatym doświadczeniem życiowym, w skrytości serca  oczekując od swoich słuchaczy uznania i podziwu. I otrzymuje je od pseudointelektualistów, których gustom schlebia bardziej przez formą niż treść swoich „mów”. Bo treść całych „krasomówczych popisów” można na ogół sprowadzić do jednego sensownego zdania.    

Polityk to człowiek, który umie z mistrzowską przebiegłością „wykorzystać” Słowo Boże, żeby nim uwiarygodnić swoje niekoniecznie klarowne działania i załatwić swoje i nie tylko swoje interesy. Czasami w porywie wielkoduszności i odwagi staje też w obronie ulubionych frakcji politycznych, wykorzystując przestrzeń kościoła do „wiecowania”, stając naprzemiennie po stronie tych, którzy coś popierają albo z czymś się nie zgadzają. Polityk to  wymarzony mówca dla takiego odbiorcy, którego myślenie nuży, a czasem wręcz boli. Jest dla niego, niestety, niekwestionowanym autorytetem, który przemawia mocniej niż głos własnego sumienia. Polityk to postać kontrowersyjna, która bardziej dzieli niż jednoczy.  

Plagiator, pod pewnym względem spokrewniony z Gwiazdeczką, to mówca, który przez wrodzoną skromność i brak zamiłowania do pracy wykorzystuje homilie przygotowane przez innych, z łatwością odnajdując je w Internecie. Szczytem aktywności z jego strony jest przeczytanie owego tekstu przed oficjalnym wystąpieniem, a nawet nauczenie się kilku zdań, dla niepoznaki, na pamięć (lekarstwem na ową słabość byłoby przewrotne podanie internetowego adresu do owego tekstu,  tak by wierni słuchacze mogli raz jeszcze powrócić do zaprezentowanych treści, porównując kopię z oryginałem, ale któż by się ośmielił …).  

Zakochany to ksiądz, który  doświadczył mocy Bożego Słowa w swoim życiu i tym się dzieli. Ma świadomość swojej życiowej misji, którą jest prowadzenie ludzi do Boga przez posługę Słowa i sprawowanie sakramentów. Zanim on sam przemówi, pragnie usłyszeć, co mówi Bóg. W związku z tym podejmuje wysiłek stworzenia odpowiednich warunków, żeby wejść w dialog z Bogiem. Wie, że aby „usłyszeć”, trzeba wpierw zamilknąć i zadbać o wewnętrzną i zewnętrzną ciszę. Taki  „głoszący” w spotkaniu ze Słowem Bożym zachowuje otwartość i pokorę. Nie wyprzedza mówiącego Boga, powołując się na  dokonane przez innych interpretacje Pisma Świętego, ale jest otwarty na to, co mówi Bóg dzisiaj - tu i teraz. Bez wątpienia w głębszym rozumieniu Słowa Bożego pomaga mu systematyczna praca nad rozwojem duchowym i intelektualnym. Zakochany nie tylko „ogólnie” chce wiedzieć, co mówi Bóg, ale nade wszystko pragnie przyjąć Słowo jako skierowane do Niego osobiście,  chce usłyszeć głos Boga nie tylko po to, żeby zaspokoić swoją „ciekawość”, ale pragnie, aby Słowo kształtowało jego serce, poruszało i prowadziło do nawrócenia. Potrafi wejść w szczery dialog ze swoim Stwórcą. Słucha, ale także mówi Bogu o tym, co dzieje się w jego sercu pod wpływem usłyszanego Słowa (nawet gdy przyjdzie to Bogu wykrzyczeć w bólu).  Doświadczywszy piękna i mocy spotkania z Bogiem nie może nie dzielić się tym z innymi; kochając nade wszystko Boga, kocha również swych słuchaczy i pragnie dzielić się z nimi tym, co Bóg dokonuje w jego sercu i do czego zaprasza. Podobnie pragnie poruszenia serc swych słuchaczy. Zakochany to świadek Boga, który przez  ludzkie, czasami bardzo nieporadne  słowa, wskazuje na Tego, który jest Drogą, Prawdą i Życiem. 

Kościół, czyli wspólnota wierzących, nie potrzebuje dzisiaj improwizatorów, kronikarzy, gwiazdeczek, erudytów, polityków czy plagiatorów, ale bez wątpienia potrzebuje świadków miłości Niewidzialnego Boga.